Mój osobisty sparing szaleństwa z rozsądkiem na ringu życia. Sędzia - komentator: Fidelis Lupus.
Kategorie: Wszystkie | Philosophia | Tempus fugit
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012

Po nocnym spacerze z kuzynką i psem, oraz niewiarygodnie kalorycznej kolacji stwierdzam, iż własnie osiągnęłam ten błogi stan, jaki nazywamy Szczęściem. Kolejna herbatka wpadła w moje szpony. Kolejny raz piękny rumiankowy zapach ulatnia się i przemierza atmosferę wzdłuż i wszerz. Kolejny raz poddaję się dobrowolnie natłokowi myśli. Żyć nie umierać. 

Mimo tego czuję pewien niedosyt. Presję na mnie wywarły dwie sprawy.

 

Sprawa 1. Sytuacja mojej kuzynki.

Zgodzę się, jeśli ktoś nie podzieli zdania, że jest osobą zasłużoną, pełną spokoju i samokontroli. W istocie. Nie jest nią. Ale to nie upoważnia NIKOGO do perfidnego jej odmóżdżania. Odnoszę wrażenie, że zmiana szkoły, nowe, wcale nie lepsze otoczenie wywarło na nią zły wpływ. Tak jak przez lata wiedziałam, że będzie to osoba, na której będę mogła polegać, tak teraz zastanawiam się, czy ktokolwiek będzie w stanie sprowadzić ją na ziemię. To już nie jest ta sama osoba, widzę w jak krótkim czasie i jak bardzo się zmieniła. Co ostatecznie doprowadziło do tego? Zarówno znajomi, przez których utwierdzam się w przekonaniu, iż FAKTYCZNIE POCHODZIMY OD MAŁP jak i rodzina, przez którą nie trudno jest załamać ręce. Od zawsze traktowałam ją jak młodszą siostrzyczkę wiedząc, że potrzebuje należytej opieki, której nigdy miała nie otrzymać.

I serce mi się kraja.  

Sprawa 2. Brak satysfakcji, spełnienia, wolności i przestrzeni.

Satysfakcji i spełnienia: moje plany rozwijania umiejętności plastycznych i muzycznych stoją w miejscu. Już nie wspominając o językach, które stanowią podstawę moich pasji. Jedynie teraz tylko łacina z francuski utrzymują się na równi. To nie zaspakaja moich potrzeb. Potrzeb samorealizacji.

Wolności i przestrzeni: ich brak wynika z pewnej reakcji wiązanej. Brak mobilizacji = nieukończone powierzone mi zadania = nawał pracy = uczucie zmęczenia zaistniałą i utrzymującą się sytuacją = brak mobilizacji. Koło się zamyka. Co z tego wynika? A to na przykład, iż coraz ciężej jest łyknąć świeżego powietrza, które doda sił. Nie ma skąd brać sił, jesteśmy uwiązani. Wiecznie przykuci do krzesła, zamknięci w jednym nieskończonym dziale życia.

A tak być nie może. Toteż wstaję dzisiaj i mówię sobie głośno: "Dziękuję, wysiadam". Sapere aude!* Bo czas najwyższy.

A żeby uwolnić się od kajdan codzienności jutro wybywam z drogą mi koleżanką by spędzić beztrosko kawałek dnia zakrapiając go delikatnie powszechnie wszystkim znaną Ambrozją ;)

Rozkoszujmy się tą piękną, mroźną nocą



*Odważ się być mądrym!

Mówi się, że jeśli człowiek bezczynnie przesiedzi cały dzień, to jest to dzień stracony. Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie, od samego rana rozkoszuję się słodkim lenistwem. Tylko herbatka i ja, co więcej katuję łacinę, która jest nieodłączną częścią mnie odkąd zaczęłam ją zgłębiać.

A więc ogłaszam wegetację NA POTĘGĘ do końca tego dnia.

Jako że cały przyszły tydzień ma wyglądać podobnie (czym się szczególnie nie przejęłam) z powodu przerwy od zajęć mam zamiar troszkę pobuszować w przeszłości, przywołać co lepsze wspomnienie.

Ale o tym później. Póki co męczy mnie jedna myśl, mianowicie skąd czerpiemy siłę gdy nadchodzi czas kryzysu? Na pewno nic tak nie pokrzepia jak ciepłe słowo. A nawet niech to będzie ktoś obcy! Zawsze to jakieś wsparcie. Ale przecież słowem człowiek rodziny nie wyżywi.

Tego typu przyziemne sprawy zaprzątają mi głowę. Ma to charakter czysto.. zgubny, gdyż w ostatnim czasie stoję- dosłownie- u bram piekieł. Zamiast poważnie zacząć myśleć o tym jak się podnieść z klęczek odkładam to na drugi plan poddając się rozmyśleniom. Ponadto osoby mi niegdyś bardzo bliskie nie dają oznak życia, przez co mam wrażenie, że grunt jeszcze bardziej pali mi się pod nogami. Taka sobie gra słów odnośnie piekła ;)

Nie mam pojęcia w co mam włożyć ręce. Z każdej strony tylko widzę stosy robót które mi zalegają od niepamiętnych czasów. Nawet nie ma do kogo gęby otworzyć, już nie mówiąc o zwierzaniu się komukolwiek. Czasem lepiej jest przemilczeć, choć każdy wie- cum tacent, clamant*.

W każdym razie poodejmuję się nowej, zaskakująco skutecznej strategii, odkładam wszystko na ostatnią chwilę. Nie palę się ostatnio do niczego i coś czuję, że czekające mnie wolne dni nie będą sprzyjały mojej "pracowitości".

Ta przeklęta herbata zadłużyła się we mnie. Nic na to nie poradzę, no po prostu nie mogę jej oderwać od siebie. Na tym zakańczam zawiłą debatę z Samą Sobą. W pełni oddaję się odurzającym herbacianym zapachom i akustycznym Kurtowym dziękom.

Przyjemnego wieczoru



*gdy milczycie, wołacie

 
1 , 2
~~~~~~~~~~